rośnie w siłę i jestem niemal pewna, że obserwujemy dopiero jego początek.

W dobie technologii i nowoczesnych rozwiązań nikt nie zastąpi człowieka (przynajmniej na razie), który pisze i pozwala stworzyć wizerunek danej marki. Całe szczęście, bo dzięki temu ja i wszyscy koledzy z branży mogą działać kreatywnie, a co za tym idzie – słuchać, odpowiadać i formować komunikaty, które złapią za seruducho.

Obecnie jest modny, a rynek wyrzuca mnóstwo nowych copywriterów, którzy chcieli by zmierzyć się z pisaniem. Co prawda droga od copywritera do „contentowca” jest daleka, ale aż dziw bierze, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt oficjalnie o content marketingu nie słyszał.

Tak, wiem, opowiedzenie przeszło 120 lat w jednym poście to wyzwanie, dlatego przedstawię to w szybki, przystępny sposób – w formie tzw. łatwej do przełknięcia pigułki. Nie będę mówić jak kreować wizerunek marki, nie chcę w tym miejscu pisać poradników. Moim celem jest udowodnić, że ma swoją historię, jest ważny i wbrew temu co się mówi – ma staż dłuższy niż kilka lat.

Wiem również jaki jest ogrom sceptyków opisywanego tematu – to głównie ci, którzy zwracają uwagę na problem nadużywania tej terminologii. Dlaczego zacznę od początku…

Zanim zaczniemy historię… czyli czym jest content marketing?

Pisanie treści to nie content marketing. Sprowadzając czyjąś pracę do tego zadania to trochę tak, jakbyśmy powiedzieli, że stomatolog tylko wyrywa zęby, a przecież jeszcze dłutuje, plombuje czy wybiela (i straszny po nocach – przyp. red).

Jestem daleka od mieszania copywrtitingu z content marketingiem – głównie ze względu na wspomnianych sceptyków, którzy tak chętnie bagatelizują pracę „contentowców”.  Jak zatem rozróżnić te dwie profesje?
Jeśli szukasz sposobu na dorobienie sobie, siadasz przed komputerem, zaczynasz pisać pod wytyczne o np. sprężarkach, lokówkach, tanich wycieczkach za granicę i pielęgnacji psiej sierści to jesteś copywriterem. Dobrze gdybyś znał SEO, podstawy języka polskiego, miał lekkość pisania. Pomoże ci to w pracy, ale umówmy się – nie jest to rzecz niezbędna, zwłaszcza jeśli twoje teksty to tzw. precle, które wymagają minimalnej kreatywności i researchu. to coś więcej – można powiedzieć, że to dołożony silnik-turbo do “malucha” lub wisienka na torcie, która często zmienia smak ciasta. Ja właśnie w taki sposób to sobie wizualizuję.

Owszem, content to treść. To także walka ze spójną komunikacją, wytyczanie kierunku w którym firma chce zmierzać, ustalenie grupy odbiorczej i ubranie owej treści w sreberko marketingowe. Zadanie to jest trudniejsze niż mogłoby się zdawać, bo po 120 latach konsumenci są odporni na pewne przekazy, a proste reklamy nie trafiają do tak szerokiej grupy. Tworzenie tożsamości marki w grupie świadomych klientów wymaga obserwowania, wnioskowania i rozumienia.

INWESTUJĄC czas i pieniądze w zyskujesz min:
  • promocję swojej usługi czy produktu,
  • świadomych konsumentów, którzy utożsamiają się z twoją marką lub znają ją na tle konkurencji,
  • wartościowych artykułów i wpisów blogowych
  • wierną społeczność, która chce ingerować lub interesować się twoimi usługami,
  • spójną komunikację,
  • jasno określoną grupę odbiorczą,
  • pomoc w działaniach SEO,
  • przyjemne dla oka i interesujące treści – tak po prostu, z użytecznego i ludzkiego punktu widzenia.

Pozwolicie jednak, że ominę dalsze słownikowe i encyklopedyczne definicje i przejdę do rzeczy.

punkt pierwszy na osi czasu: 1895 rok

Przez wielu uznawany jest za nowoczesną profesję, chociaż jego oficjalne początki datowane są na XIX wiek. To wtedy pewien człowiek dał podwaliny do min. mojej pracy.

Rok 1895, John Deere produkuje maszyny rolnicze. Chcąc opowiedzieć o swoim biznesie stwarza magazyn, który ma dotrzeć do potencjalnych klientów. Nazywa go „The Furrow” i… obserwuje rosnące zainteresowanie swoimi produktami. Dlaczego? Deere rezygnuje z reklamy, która trafia do ogółu. Na łamach czasopisma doradza jak prowadzić gospodarstwo rolne, przedstawia korzyści z użyciem maszyn, zwraca się do klientów w sposób bezpośredni. Tworzy tylko dla rolników.

Śmiało można stwierdzić, że w ten sposób zasiane zostało pierwsze ziarenko content marketingu. Ziarenko, które będzie kiełkować przez następne lata.
Warto tu „dorzucić” informację, że coraz częściej za datę początkową podaje się 1891 rok – kiedy to słynny Doktor Oetker publikował na swoich produktach smakowite przepisy kulinarne. Jak dla mnie, osoby która z gotowaniem niewiele ma wspólnego, jest to niezwykle cenna i trafna forma komunikacji. Podejrzewam, że trafiała do każdego, kto zdecydował się na zakup galaretki lub budyniu (w końcu to potrafi zrobić każdy😊).

Punkt drugi na osi czasu: 1900 rok

Każdy miłośnik Master Chefa wie, że obecnie symbolem dobrej kuchni są gwiazdki Michelin.

Mało kto jednak doczytał, że bracia Michelin próbowali rozkręcić swój biznes w wielu branżach – niestety z marnym skutkiem. Zmierzając się z biedą wpadli na pomysł tworzenia rankingu, dzięki któremu przyznawane zostaną gwiazdki dla najlepszych hoteli i restauracji. Prosty pomysł stworzył z nich ekspertów, a dziś posiadanie gwiazdki Michelin świadczy o ogromnym prestiżu. Aż dziw bierze, że poradnik pierwotnie był darmowy i przysłużyć się miał sprzedaży opon na terenie Francji…

Punkt trzeci na osi czasu: 1987 rok

Przeskoczmy teraz w czasie, do 1987 roku, kiedy to największym marzeniem dzieciaków były klocki Lego. Producent tych niewielkich zabawek zmagał się z ogromną konkurencją, która próbowała zapożyczyć jego pomysł. Chcąc odeprzeć atak konkurencji i pragnąc zostać bezsprzecznym liderem w branży, zaczęto budować swoją markę na content marketingu właśnie.

Każdy miłośnik klocków mógł czytać historie oparte na bohaterach zabawek, a społeczność fanów stawała się pokaźną i silną. Wiele treści angażowało kreatywnie, poszerzając stopniowo grupę odbiorców, a każda seria klocków posiada swoją odrębną historię i jasno nakreślone postacie, które można ułożyć i wykorzystać w codziennej zabawie. Sama pamiętam serię klocków Lego Scala, w których każdy pies, kot, koń miał swoje imię i jako dziecko nie próbowałam nawet tej komunikacji zmieniać. W końcu miałam lalkę Megan. Tak musiało zostać.

Punkt czwarty na osi czasu: 1996 rok

1996 rok jest niezwykle ważny z punktu widzenia dzisiejszego content marketingu. To właśnie w tym roku, po raz pierwszy, użyto oficjalnie owego pojęcia. Świadomość dziennikarzy oraz próba dotarcia do odbiorców spowodowała, że zespół American Society for Newspaper Editors obrał kierunek bardzo zbliżony do dzisiejszej pracy z contentem właśnie. Chęć zrozumienia, dotarcia i zbudowania relacji marka – klient spowodowała, że zainteresowanie gazetą wzrosło, a liczba zadowolonych czytelników zdecydowanie przewyższała grupę czytelników rozczarowanych. Okazało się, że zrozumienie swojego klienta, nawiązanie z nim więzi i odpowiedzenie na jego potrzeby jest kluczowe w budowaniu swojego biznesu.

Voila i tak powstała kontrowersyjna nomenklatura content marketingu!

Punkt piąty na osi czasu: 2005 rok

Powstaje jeden z najsłynniejszych i najbardziej popularnych serwisów internetowych – YouTube. To on staje się doskonałym poletkiem do budowania swojego wizerunku (personalnego jak i biznesowego), a z czasem przeistacza się w platformę do zarabiania i streamowania. Wiele firm w ten sposób zaczyna docierać do swoich klientów – kreując się na ekspertów w swojej branży, nierzadko nawiązując z nimi bezpośrednią komunikację – pytając o opinie i angażując ich w konkursy.

 

Punkt szósty na osi czasu: dziś

A dziś? Dziś biznes bez content marketingu (dobrego lub złego) jest jak żołnierz bez broni. Prawda jest taka, że gdybyśmy prześledzili wszystkie znane marki to doszlibyśmy do wniosku, że towarzyszy każdej z nich – od zawsze. Trudno sobie wyobrazić dzisiejszy biznes bez promocji, storytellingu, budowaniu społeczności (to ma miejsce zwłaszcza dziś, dzięki social mediom), rozdawaniu tzw. gratisów. Dlatego też istnieje tak wielu zwolenników teorii mówiących, że istnieje tak długo jak istnieje język pisany. Swoją drogą – ciekawa jestem waszych poglądów na ten temat?

Jedyną różnicą jesteś Ty – konsument, klient, odbiorca. W dobie napływu różnych bodźców uodporniamy się na proste i bezosobowe przekazy – chcemy czegoś więcej, przez co naturalnie koncepcja się rozwija. Z oczywistych względów mnie to cieszy, ale jednocześnie nie pozwala stać w miejscu i czekać bezczynnie na to co przyniesie nam historia. Czego możemy się spodziewać? Jak zawsze w przypadku takich pytań odpowiem przewrotnie – pożyjemy, zobaczymy, ale oby jak najwięcej 😊.

Z całą premedytacją (jak zawsze – pod prąd) ominęłam w mojej historii aspekt robotów Google’a i algorytmów, które od kilku lat promują wysokiej jakości treść. Taka forma pokazuje teksty z zupełnie innej strony – ludzkiej, PRowej i nastawionej na komunikację. Na tym głównie zależy mi w swojej pracy i taki kierunek obrał ten wpis (ale kto wie, może kiedyś pokuszę się o jego drugą część…?).

PS. Poniżej wrzucam również linki, które były moją inspiracją – w tym miejscu dziękuję innym twórcom.